można gościom

potrawy, które chcielibyśmy podać gościom 
« Back to blog

jedzmy razem: mój manifest wyborczy

Gdybym startował w wyborach prezydenckich (nie martwcie się, nie zamierzam) i chciał naprawdę zmienić ten kraj, prowadziłbym kampanię pod hasłem „Jedzmy razem”.

Zacznę od tego, że pomimo wielu niedoróbek, rozgrzeszanych przez rytualne „takie rzeczy tylko w Polsce” (więc to nie moja wina), jesteśmy względnie normalnym krajem, nieźle rozwijającym się gospodarczo, od kilkudziesięciu lat nieuwikłanym w wojnę na naszym terenie etc etc.

Problem w tym, że niezbyt lubimy się nawzajem. Lubimy może siebie samych, nasze rodziny i naród jako byt abstrakcyjny, ucieleśniający się przed kamerami telewizyjnymi w czasie uroczystości pogrzebowych czy innych historycznych wydarzeń, które swoją powagą usprawiedliwiają bezprecedensowy akt przełamania się, wyjścia na ulicę i to nieznośne na dłuższą metę przebywanie wśród innych Polaków. Ale generalnie innych nie lubimy. Już drugiego dnia ostatniej żałoby zaczęliśmy poprawiać innym czarne wstążki, narzekając, że jeden nosi ją za bardzo widoczną, inni za mało widoczną, jeszcze inni w złym miejscu, a w ogóle to nie wiadomo, kto ma prawo uczestniczyć w ogólnonarodowym święcie (ponurym, ale święcie). Wkrótce okazało się, że nasze apele (wyrażane na ogół przez media elektroniczne, bo przecież nie będziemy gadać z takim, co wstążkę nosi źle) nie przynoszą efektu, na zresztą który zbytnio nie liczyliśmy, więc można odwrócić się od siebie, i dalej bliźniego swego nie widzieć lub wręcz nienawidzić.

Zachowujemy się jak faceci w toalecie, przy wyborze pisuaru, zawsze znajdujący taki, który jest najdalej od już zajętych. Nie rozmawiamy ze sobą, boimy się siebie, odsuwamy, usiłujemy niedostrzegać. Zwłaszcza niezręczni jesteśmy w kontaktach bezpośrednich, co rekompensujemy sobie na internetowych forach. To właśnie dlatego jesteśmy tam tak rozgadani. Potrzebujemy napić się wódki i nie wystarcza nam jeden kieliszek, żeby porozmawiać ze sobą w realu (co ma ten uboczny efekt, że mało sensowna jest to rozmowa i niewiele z niej pamiętamy). Chorujemy na zbiorowy autyzm. Za tym idzie nasz ogromny problem braku wzajemnego zaufania, które przekłada się na brak zaufania do instytucji, co owocuje dość restrykcyjnym prawem, na które narzekamy, ale bez którego pewnie pogrążylibyśmy się szybko w anarchii.

Dlatego musimy częściej jeść ze sobą.

Dlaczego jeść? Bo jedzenie jest przyjemne. Głodny Polak jest zły. Najedzony nie staje się od razu dobry, ale przynajmniej trochę lepszy. Ogarnia nas lekka senność, maleje skłonność do agresji, rozluźniamy się.

Jedzenie jest egalitarne. Każdy potrafi czerpać z niego przyjemność. Doświadczenie „ale się super najadłem” jest chyba powszechniejsze niż jakiekolwiek inne pozytywne doświadczenie, Każdemu kiedyś coś smakowało bardzo, każdy kiedyś palce lizał, każdemu się kiedyś uszy trzęsły, a jeśli nie, to trzeba takiemu podać ossobucco albo świeże ruskie ze skwarkami, sprawdzić jak zareaguje. jeśli się nie uśmiechnie, to jestem za izolacją takich jednostek, im jest życie niemiłe i są one naturalnymi kandydatami na terrorystów samobójców.

Zjeść coś dobrego lubi i stary i młody. Kobieta i mężczyzna. Homo-, hetero-, metro- i pegeero- seksualny osobnik, niezależnie od poglądów politycznych czy religijnych. W dodatku jest to doświadczenie ogólnoludzkie, a nie jedynie ogólnopolskie.

Oczywiście każdy przez „dobrze zjeść” rozumie co innego, ale można przyjąć, że jako społeczeństwo osiągamy w tym większą zgodność, niż w innych kwestiach. Dobry jest chleb prosto z pieca posmarowany świeżym masłem, dobry jest schabowy z ziemniaczkami i homar jest całkiem dobry. Dużo rzeczy jest dobrych, wystarczy z kimś porozmawiać i zawsze po chwili znajdziemy kilka potraw, które wspólnie lubimy. A przecież zupełnie inaczej jest w przypadku np. polityków, tu jesteśmy znacznie bardziej podzieleni.

Jedni bardziej stawiają na prostotę, inni na wyrafinowanie, jest też grupa takich, dla których tylko ilość ma znaczenie, ale i tych – karmiąc obficie przez dłuższy czas – da się przekonać do czerpania innego rodzaju przyjemności.

Jedzenie ma jeszcze drugą stronę, którą jest gotowanie. Gotowanie i patrzenie na jedzących z apetytem to też źródło radości. Nakarmienie kogoś to jedna z najpowszechniej dostępnych, akceptowanych społecznie form okazywania przyjaznych uczuć. „Przyjaznych” to czasem za duże słowo. Po prostu ludzkich. Wiadomo, przychodzi drugi człowiek, człowiek musi jeść. Można mu dać jeść. Daje się mu jeść, bo traktuje się go jako człowieka. Można mu - nie narzucając się - sprawić przyjemność, gotując coś smacznego.

Aby lepiej się poczuć, musimy jeść dobrze. Ale przede wszystkim musimy jeść ze sobą. Bo to doskonały pretekst do nawiązania tych lekkich więzi społecznych, których nam brakuje. Żeby się do kogoś uśmiechnąć znad deseru. Żeby poprosić kogoś o podanie soli. Żeby rzucić niezobowiązująco kilka uwag na temat zupy. Żeby się spotkać, w stanie lekko sennym, nieagresywnym, rozluźnionym. Żeby spotkać się ze znajomymi i żeby spotkać się z nieznajomymi lub pół- ćwierć- znajomymi, którzy „czasem przychodzą do tego lokalu”. Żeby choćby dwa słowa z kelnerem zamienić. Żeby się oderwać, ale nie odizolować.

Żeby to wspólne jedzenie odmieniło nasz kraj musimy częściej jeść poza domem. Wyjść z tego bezpiecznego ciepełka do innych smaków i do innych ludzi. Na razie wielu osób na to nie stać, ale poziom życia stopniowo się podnosi i coraz częściej będziemy mogli sobie na to pozwolić. Mam zresztą wrażenie, że pustki w lokalach przekładają się wysokie ceny w tychże.

Wróciłem właśnie z Lizbony. W porze lunchu restauracje, które są na każdym rogu, pękają w szwach. Nie chodzi o żadne wyszukane lokale. Co do niektórych z nich jestem pewien, że nikt nie pokonał więcej niż kilkuset metrów by do nich dojść (nie mówiąc już o dojeżdżaniu). Wszędzie zje się dobrze lub wręcz bardzo dobrze. Przychodzą wszyscy, mieszają się robotnicy i menedżerowie. Stali klienci i ci, którzy przechodzili obok. Autochtoni i turyści. Jedzenie w restauracji zmusza do takich spotkań i bardzo dobrze – nas trzeba trochę zmusić.

Wymaga to odbudowy choćby społecznego zaufania. Odejścia od stereotypu „niezdrowego żywienia się na mieście”, martwienia się „czym oni cię tam trują”, czy też przełamania ciągłego poczucia, że dostaje się za mało za ciężko zarobione pieniądze. Już sam fakt powierzenia swojego żołądka w obce ręce (proszę wybaczyć niezręczność tego sformułowania) to nawiązanie jakiejś, opartej na zaufaniu, więzi.

Gdybym został prezydentem, dotowałbym restauracje! Walczyłbym o obniżenie czynszów! To powinny być miejsca spotkań Polaków z Polakami. Zadowolonych, sytych Polaków z innymi, znajdującymi się w podobnym stanie. Nie kościoły, gdzie raczej spotykać się należy z Bogiem, czy muzea, gdzie spotykamy się z przeszłością. Nie możemy też inwestować wyłącznie w przyszłość, w naukę, innowacje itp. Trzeba inwestować w relacje tu i teraz.

Taki byłby mój program wyborczy. . Skoro już musimy jeść i skoro na skutek straszliwego zrzędzenia losu (literówka zamierzona) zamieszkaliśmy między Ruskimi a Niemcami, między Pepikami a nigdy nie dogrzanym morzem, które wrodzy nam naukowcy uważają właściwie za słodkowodne jezioro, a co najgorsze, w otoczeniu innych Polaków... jedzmy razem. Częściej.

Potem się zobaczy. Najedzony człowiek widzi świat inaczej. Może nawet spodobamy się sobie na tyle, że będziemy mieli ochotę na dokładkę?

PS. Nie kandyduję, ale podpisy/„lubię to” zbieram!

Comments (7)

Apr 23, 2010
Tomasz said...
Marcin, święta racja, popieram Cię w 100%. Jedząc uśmiechamy się do siebie, zbliżamy, jedzenie jest intymne i jedną z najfajniejszych spraw na świecie. To jest proste, jedzmy i pijmy razem a będziemy szczęśliwi, naprawdę szczęśliwi!
Apr 23, 2010
Karolina said...
I ja na to idę. :)))
Apr 23, 2010
Muscat said...
Podobają mi się te uwagi i masz mój głos!
Sądzę, że bez trudu zdobyłbyś wymaganą liczbę podpisów. zwłaszcza wśród tych zmęczonych polityką.
Apr 23, 2010
Luca said...
Wystaw sobie, Szanowny Autorze, że jestem na tym blogu po raz pierwszy. Jejuu, jakie rzeczy. Czytam, oglądam i coraz bardziej myślę, że nigdy nie nauczę się gotować, nawet nie mam tyle zapału, ale cudownie, że są ludzie, którzy takie cuda robią.
Apr 28, 2010
Łukasz said...
Pewnego późnego wieczoru na Sycylii wracaliśmy ztyrani z jednodniowego wypadu po miastach/zabytkach tej pięknej wyspy. Wracaliśmy do naszego noclegu, który był w Saint Ambrosio - wioska ma 400 mieszkańców. Nasze lokum było usytuowane przy samym głównym rynku wioski. Myśleliśmy że po cichu przemkniemy samochodem przez rynek, na paluszkach wejdziemy do mieszkania i pójdziemy spać. Ku naszemu zdziwieniu ulica prowadząca do wioski była zapełniona skuterami i samochodami, a na ulicach były całe rodziny. Lokalna restauracja pękała w szwach, ludzie rozmawiali, jedli, pili i tańczyli. Panowała niesamowita atmosfera przyjaźni i zabawy. Gdyby u nas latem spróbować nad morzem ogranizować takie wieczory, ciekawe co z tego by wyszło :)
Sep 21, 2010
Monika said...
Nie myslałeś, żeby wysłac ten felieton na konkurs Awdiejewa i Charakterów? http://www.awdiejew.charaktery.eu/sztuka-felietonu/konkurs

Mnie się bardzo podobało. Może nalezy też uraczyć nim innych?

Sep 21, 2010
nie myślałem, bo nie wiedziałem o tym konkursie. może faktycznie warto wysłać? dzięki za info.

Leave a comment...