można gościom

potrawy, które chcielibyśmy podać gościom 

Na Tamce

Od razu zastrzeżenie: żadnej z wyżej wymienionych potraw nie zamierzamy gościom podawać ani nawet sami nie będziemy się z nimi raczej mierzyć.

Img_0328

Choćby z braku odpowiedniego sprzętu, nie mówiąc o umiejętnościach. Jeśli ktoś chciałby jednak spróbować nietradycyjnej kuchni, bardzo "technicznej" ale też zwyczajnie smaczniej, to Tamka 43 jest świetnym (choć nietanim) miejscem po temu.

Img_0327

My mieliśmy kupon ze Stoliczku, więc nie tylko zapłaciliśmy połowę ceny, ale też skonsumowaliśmy po przydziałowego butelce (dobrego!) wina, co trochę odczuwałem przez kolejną dobę.

Siedem dań – może z początku lekko przerażać. W praktyce porcje są miniaturowe, ale po zjedzeniu całego zestawu nie wychodzi się głodnym. Tak jak wspominałem, nacisk położony jest na technikę (większość potraw gotowana w sous-vide). Charakterystycznym rysem jest też użycie mniej znanych lub nie uznawanach za specjalnie wykwintne warzyw.

W środku panuje bardzo sympatyczna atmosfera. Jest to oczywiście restauracja z górnej półki, ale nie ma w niej usztywnionej jak wykrochmalone obrusy atmosfery (choć z drugiej strony nie są to imieniny u cioci). Właściwie to w ogóle obrusów nie ma. Jest minimalistycznie, dzięki czemu można skoncentrować się na samym jedzeniu. Polecam! 

Posted from Warszawa, Poland

Comments [0]

O czym tu pisać?

20120114-img_6768

Pokrojoną jagnięcą karkówkę obtaczamy w soli i pieprzu oraz posiekanym świeżym rozmarynie. Po 2-3 minuty na patelni grillowej, potem na kilkanaście minut umieszczamy w rozgrzanym do 160 stopni piekarniku. Podajemy z kuskusem i rukolą, popijamy winem z Cahors, ogryzamy kostki, oblizujemy palce.

O czym tu pisać?

Comments [0]

Sylwester w Brukseli

Tak się złożyło, że kilka dni na przełomie roku 2011/2012 spędziliśmy w Belgii. Dlaczego tam? Mieliśmy różne plany, ale w końcu zdecydowaliśmy się na dość tani lot do Brukseli, choć pewnie wolelibyśmy jakieś cieplejsze miejsce. Pogoda była... zmienna. Albo padało (kropiło, mżyło) i było dość ciepło albo świeciło słońce i było dość zimno. Albo coś pomiędzy. Chodziliśmy po uliczkach Brukseli, zrobiliśmy wycieczkę do Brugii i nie da się ukryć: ciągle rozglądaliśmy się za czymś do zjedzenia.

Belgia wywołuje określone skojarzenia kulinarne: mule, frytki, gofry, czekoladki i piwo. Restauracje i sklepy eksploatują te skojarzenia: mule można zjeść prawie wszędzie (z frytkami oczywiście), gofry podawane są na deser w restauracjach, ale możne je także kupić na rogach ulic, bary kuszą dziesiątkami i setkami gatunków piw, a sklepów z czekoladkami jest tyle, że aż trudno sobie wyobrazić, kto jest w stanie pochłonąć taką ilość czekolady. Odpowiedź brzmi zapewne: turyści. 

Na turystów nastawiona jest duża część restauracji w Brukseli i chyba prawie wszystkie w Bruggi. Szukając miejsc, gdzie można naprawdę dobrze zjeść, trafiliśmy do dwóch restauracji, które uznawane są za pewniaki. Choć turystów w nich nie brakuje, jadają tam także brukselczycy.

Pierwsza to Aux armes de Bruxelles, w której zjedliśmy oczywiście mule i mniej oczywiście: homara. A na deser gofry i creme brule. Jest niestety dość (a nawet bardzo) drogo – duża porcja małży to 20-25 euro, homar kosztuje podobnie, ale bardzo, bardzo smacznie. 

20111229-img_6523
20111229-img_6521
20111229-img_6526

Drugą odwiedzoną restauracją jest brukselski klasyk Chez Leon (to już prawie sieć, z kilkoma restauracjami poza Brukselą, m.in. w Paryżu). Tu króluje podobne menu jak w  Aux armes de Bruxelles i podobne ceny. Wybraliśmy tym razem mule podane w inny sposób: polane masłem a'la escragots (czyli z dużą ilością pietruszki, tak, jak podaje się ślimaki po burgundzku). Były fantastyczne.

20111231-img_6738

Img_0290

W okresie świąteczno-noworocznym w Brukseli organizowany jest wielki kiermasz. Stoiska ze smakołykami są przeplatane stoiskami ze rozmaitym rękodziełem, ale kulinaria dominują. Można spróbować tartiflette, wspomnianych już ślimaków, ostryg, nie brakuje też słodkości. Nawet truskawek w czekoladzie, choć to nie sezon na truskawki. Wszystko to można popić grzanym winem lub schłodzonym szampanem. 

Img_0295
Ostryg na ulicy nie próbowaliśmy, choć można je kupić wszędzie, sprzedawane są niemal jak hotdogi, z przyczep i budek, ale od czego są sklepy? W każdym markecie wybór świeżych ostryg był spory, a dodatkowo przed Nowym Rokiem sprzedawano dwa tuziny w cenie jednego. Skorzystaliśmy z okazji, kupując dwie paczki wspólnie z przypadkowo napotkanym Belgiem. Dokupiłem specjalny nóź do otwierania, butelkę Poully-Fume i mieliśmy gotową sylwestrową kolację.

20111231-img_6745

Otwierałem ostygi pierwszy raz w życiu (po kilku minutach zmagań z pierwszą muszlą musiałem udać się do hotelowego lobby, aby pobrać instruktażowe filmy z internetu). Z każdą kolejną szło mi coraz lepiej i nawet się nie pokaleczyłem, choć łazienka nabrała charakterystycznych portowych zapachów.

Żeby nie było tak różowo i słodko, jedliśmy też trochę paskudnego fast-foodu, a frytki uważamy za mocno przereklamowane: nawet kiedy są dobre, są to nadal tylko frytki i wyżej nie podskoczą. Ogólnie jednak narzekać nie możemy, stary rok pożegnaliśmy godnie. Oby 2012 był równie smaczny.

Comments [5]

Figi, mozzarella, przegrzebki i wino

Wigilia była, uwierzcie, zupełnie tradycyjną wigilią polską. Z barszczem, śledziem, rybami na różne sposoby, a nawet kapustą z grochem.

A następnego dnia już można było poszaleć.

20111225-img_3550
Byliśmy bardzo spontaniczni (czytaj: nieprzygotowani). Mieliśmy kilo mrożonych przegrzebków i sporą na nie ochotę. Nie mieliśmy natomiast żadnego planu. Wygooglałem przepis z Kwestii Smaku, zaśliniłem się i co się okazało?

Przegrzebki, jako się rzekło, są. Figi świeże: też. Mozarella di buffala, kupiona impulsowo we włoskim sklepie: obecna. No ale dżem z fig... dżem z fig również jakimś cudem mieliśmy w szafce.

Nie trzymaliśmy się ściśle przepisu, mrożone przegrzebki nie są tak dobre jak świeże, trochę się porozpadały, ale i tak wyszło przepysznie. Zwłaszcza, że popijaliśmy bardzo dobrym winem, a na deser... na deser mieliśmy jeszcze lepsze wino

Można gościom, choć nie umiałbym chyba przewracać większej ilości przegrzebków w tym samym czasie. Ale jako przystawka? Czemu nie?

Comments [1]

Tom yum goong

Warto było. Warto było obierać kilogram krewetek. Warto było gotować wywar na łebkach i skorupkach. Warto było przebywać potem w mieszkaniu pachnącym jak zaplecze targu rybnego.

20111210-img_3538
Dla jedynego w swoim rodzaju aromatu, dla głębokiego smaku, było warto. Nigdy więcej tom yum z bulionem z kostki (na dodatek o smaku kurczaka zupełnie nieidentycznego z naturalnym). 

Kiedy już ma się wywar z krewetek (pierwotnie myślałem jeszcze o zrobieniu risotto, ale wyszedł dość ostry, bo dołożyłem od razu ostrą paprykę), zrobienie zupy zajmuje chwilę. Wyciskamy limonkę, dodajemy plasterki galangalu, świeże chilli, pastę z prażonego chili (ważny składnik, to od niego zupa ma czerwonawy kolor), trochę sosu rybnego, trochę pasty tamaryndowej, bo limonki było za mało, a zupa powinna być lekko kwaskowa. Powinna być trawa cytynowa, ale nie mieliśmy (wstyd!), więc dołożyliśmy łyżeczkę zielonej pasty curry, której to pasty właśnie trawa cytrynowa jest głównym składnikiem. Limonka kaffir, azjatyckie grzyby (my mieliśmy enoki z puszki), makaron sojowy i oczywiście krewetki, na sam koniec, dosłownie na chwilę. Podajemy z kolendrą.

Zupa wyszła perfekcyjnie. Ale czy można gościom? Hmm... musiałbym obrać nie kilogram, tylko dwa kilogramy krewetek. Musieliby mnie odwiedzić wyjątkowi fanatycy tajskich smaków.

Comments [4]

Labraks, Mars i neurochirugia

Kiedy wchodzę do dużego sklepu (a Makro jest bardzo dużym sklepem) zaraz opanowuje mnie proporcjonalna do powierzchni handlowej pustka w głowie. „Kup coś na obiad” okazuje się zadaniem arcyzłożonym, jakby mi ktoś powiedział „Jutro lądujesz Marsie, przygotuj wszystko” albo „Kolokwium z neurochirurgii, umiesz, prawda?”.

Img_0079

Wtedy po prostu kupuję świeżą rybę. Następnego dnia (starając się trzymać ją przez noc w jak najzimniejszej lodówce), napycham ją masłem zmieszanym z ziołami (tymianek, oregano), kaparami, oliwkami, pepperoni i czosnkiem. Potem ryba wpływa na 20-25 minut do piekarnika. W międzyczasie robię dressing do radicchio: oliwa, musztarda z Dijon, trochę soku z cytryny, miód i estragon. Otwieram wino, wyjmuję rybę, zjadamy, popijając Sancerre i dawajcie mi rakietę kosmiczną albo podręcznik neurochirurgii, to przecież proste.

Posted from Warszawa, Poland

Comments [1]

Risotto z dynią

Zawsze lubiliśmy risotto, ale po powrocie z Mediolanu, stolicy słynnego risotto milanese, lubimy je jeszcze bardziej. Ugotowanie ryżu o odpowiedniej strukturze wymaga pewnej wprawy, ale naprawdę warto postać trochę przy kuchni i pomieszać w garnku.

20111106-img_3494

Mamy sezon na dynię, więc szukaliśmy przepisu na risotto z tym warzywem. I znaleźliśmy, w sympatycznej książce "La nonna. La cucina. La vita. Wspaniełe przepisy mojej babci". Zmodyfikowaliśmy go nieco, zamiast gorgonzoli, której nie mieliśmy, dodając parmezan i pecorino, trochę ziół (tymianek, rozmaryn) i odrobinę masła. Rewelacja. Zostało nam trochę Greco di Tufo z wczoraj, więc je wypiliśmy, a do samej potrawy dolewaliśmy Biedronkowe verdejo (o winach odzielnie napiszę na enomenie).

Dodaję do akcji Viva Italia

choć z oczywistych przyczyn nie mogę wziąć w niej pełnego udziału. Jak primi piatti, oczywiście.

Comments [0]

Przegrzebki na sałacie

Z przegrzebkami, mimo ich dość wysokiej u nas ceny, nie trzeba się specjalnie cackać.

20111105-img_3454

Rozgrzewamy oliwę i masło, czekamy aż masło się rozgrzeje (musi odparować woda). Wrzucamy przegrzebki na 2 min, potem obracamy i jeszcze, w zależności od wielkości, minutę czy dwie rumienimy po drugiej stronie. Powinny wyraźnie się zrumienić. Zdejmujemy, solimy, pieprzymy. Dodajemy drobno posiekaną szalotkę, wrzucamy zioła (może być np. estragon, ale ja dziś dodawałem bazylię i tymianek), wlewamy trochę wina, żeby zdeglasować przyrumienione masło. Sos lekko gęstnieje, dodajemy przegrzebki jeszcze raz, mieszamy z sosem. Kładziemy na uprzednio polanej oliwą sałacie. Popijamy winem, jesteśmy w siódmym niebie.

Comments [2]

Łosoś z mango

Nie jestem fanem Biedronki, ale nie odmawiam jej pochwał, kiedy na to zasłuży. Ostatnio kupiliśmy tam przepyszne, pieknie dojrzałe mango. 

Łososia, przygotowanego podobnie jak w przepisie na łososia po tajsku, tylko z nieco inną mieszanką przypraw, podaliśmy właśnie z salsą z mango. 

20111026-img_3386
Salsę robi się bardzo prosto: posiekane mango mieszamy z sosem, w skład którego wchodzi koncentrat tamaryndowy, sos słodki chilli (ale broń boże nie ta zawiesinka tao-tao) i odrobina sosu rybnego. Dodałem jeszcze kolendrę, ale trochę się tu gryzła z którymś ze składników, nie powtórzę tego następnym razem. Danie wygląda dość efektownie, a robiłem je w całości krócej niż godzinę.

Choć był to obiad w środku tygodnia, nie mógł sie on obejść bez wina. Marienburg, Riesling 1. Lage Kabinett fruchtsüß z 2009 od Clemensa Buscha, niby kabinett, a smakujący jak spätlese, skoncentrowany, aromatyczny i dość słodki by nie przytłoczyła go słodycz mango pasował tu jak ręka do rękawiczki. Wspaniały obiad. Można gościom.

Comments [7]

Kolega/hrabia kurczak

Stary już jestem, a kurczaka w całości piekłem (właściwie piekła moja wiecznie młoda żona ;-) ) pierwszy raz w życiu. Z klasycznego przepisu Jamiego Olivera, bardzo popularnego w kulinarnej blogosferze, nie ma sensu więc go powtarzać. Cytryna w kuper i do pieca.

20111022-img_3377

Moja córka ochrzciła go kolegą bądź hrabią. Rozprawiliśmy się z nim niezbyt po koleżeńsku, niezbyt też arystokratycznie, zjadając go nie bez pomagania sobie palcami. Jak oświadczyła mi kiedyś, w zamierzłych czasach schyłkowego PRL kelnerka, dlaczego w lokali nie ma noży, „kaczki i kury bierze się w pazury”. Tak też uczyniliśmy. 

Kupiliśmy go w sklepie ekologicznym i faktycznie, nie ma porównania jeśli chodzi o smak. Wyszedł bardzo dobrze, może nieco za długo był w piecu. Ale co miało chrupać, chrupało, a co miało być miekkie, było miękkie. Następnym razem spróbujemy przepisu Marka Bittmana (ten z kolei jest bardzo słabo znany w naszej blogosferze, a szkoda...). Popijaliśmy cieniutkim Julienas z Leclerca, tak cieniutkim, że nawet nazwa producenta w pamięć nie zapadła, bo i kupować go więcej nie zamierzam. Można gościom, ale wtedy hrabia musi być z kolegą, żeby starczyło na więcej niż 2-3 osoby.

Comments [1]