Tak się złożyło, że kilka dni na przełomie roku 2011/2012 spędziliśmy w Belgii. Dlaczego tam? Mieliśmy różne plany, ale w końcu zdecydowaliśmy się na dość tani lot do Brukseli, choć pewnie wolelibyśmy jakieś cieplejsze miejsce. Pogoda była... zmienna. Albo padało (kropiło, mżyło) i było dość ciepło albo świeciło słońce i było dość zimno. Albo coś pomiędzy. Chodziliśmy po uliczkach Brukseli, zrobiliśmy wycieczkę do Brugii i nie da się ukryć: ciągle rozglądaliśmy się za czymś do zjedzenia.
Belgia wywołuje określone skojarzenia kulinarne: mule, frytki, gofry, czekoladki i piwo. Restauracje i sklepy eksploatują te skojarzenia: mule można zjeść prawie wszędzie (z frytkami oczywiście), gofry podawane są na deser w restauracjach, ale możne je także kupić na rogach ulic, bary kuszą dziesiątkami i setkami gatunków piw, a sklepów z czekoladkami jest tyle, że aż trudno sobie wyobrazić, kto jest w stanie pochłonąć taką ilość czekolady. Odpowiedź brzmi zapewne: turyści.
Na turystów nastawiona jest duża część restauracji w Brukseli i chyba prawie wszystkie w Bruggi. Szukając miejsc, gdzie można naprawdę dobrze zjeść, trafiliśmy do dwóch restauracji, które uznawane są za pewniaki. Choć turystów w nich nie brakuje, jadają tam także brukselczycy.
Pierwsza to Aux armes de Bruxelles, w której zjedliśmy oczywiście mule i mniej oczywiście: homara. A na deser gofry i creme brule. Jest niestety dość (a nawet bardzo) drogo – duża porcja małży to 20-25 euro, homar kosztuje podobnie, ale bardzo, bardzo smacznie.
Drugą odwiedzoną restauracją jest brukselski klasyk Chez Leon (to już prawie sieć, z kilkoma restauracjami poza Brukselą, m.in. w Paryżu). Tu króluje podobne menu jak w Aux armes de Bruxelles i podobne ceny. Wybraliśmy tym razem mule podane w inny sposób: polane masłem a'la escragots (czyli z dużą ilością pietruszki, tak, jak podaje się ślimaki po burgundzku). Były fantastyczne.
W okresie świąteczno-noworocznym w Brukseli organizowany jest wielki kiermasz. Stoiska ze smakołykami są przeplatane stoiskami ze rozmaitym rękodziełem, ale kulinaria dominują. Można spróbować tartiflette, wspomnianych już ślimaków, ostryg, nie brakuje też słodkości. Nawet truskawek w czekoladzie, choć to nie sezon na truskawki. Wszystko to można popić grzanym winem lub schłodzonym szampanem.
Ostryg na ulicy nie próbowaliśmy, choć można je kupić wszędzie, sprzedawane są niemal jak hotdogi, z przyczep i budek, ale od czego są sklepy? W każdym markecie wybór świeżych ostryg był spory, a dodatkowo przed Nowym Rokiem sprzedawano dwa tuziny w cenie jednego. Skorzystaliśmy z okazji, kupując dwie paczki wspólnie z przypadkowo napotkanym Belgiem. Dokupiłem specjalny nóź do otwierania, butelkę Poully-Fume i mieliśmy gotową sylwestrową kolację.
Otwierałem ostygi pierwszy raz w życiu (po kilku minutach zmagań z pierwszą muszlą musiałem udać się do hotelowego lobby, aby pobrać instruktażowe filmy z internetu). Z każdą kolejną szło mi coraz lepiej i nawet się nie pokaleczyłem, choć łazienka nabrała charakterystycznych portowych zapachów.
Żeby nie było tak różowo i słodko, jedliśmy też trochę paskudnego fast-foodu, a frytki uważamy za mocno przereklamowane: nawet kiedy są dobre, są to nadal tylko frytki i wyżej nie podskoczą. Ogólnie jednak narzekać nie możemy, stary rok pożegnaliśmy godnie. Oby 2012 był równie smaczny.
Posted from
Brussel, Belgium
Bruxelles, Belgium
Comments [1]